Dofinansowanie do procedury in vitro 2023/2024

           wsparcie miejskie  Olsztyn    wsparcie wojewódzkie – województwo warmińsko-mazurskie

Uwaga Białystok – dofinansowanie in vitro!

x
szczęśliwi rodzice z in vitro Artemida
kółko 22.09.20.

Wygrałam walkę o swoje marzenia!

Gdybym miała poradzić coś kobietom, które zmagają się z problemem niepłodności, powiedziałabym im, żeby się nie bały. Trzeba mocno wierzyć w dobre zakończenie i pamiętać o swoim celu. Zawsze jest nadzieja! – historia pani Mileny to opowieść o ogromnej wierze, zaufaniu i samotności w małym mieście. To historia z happy endem o jej drodze do szczęśliwego macierzyństwa i przesłaniem do kobiet, które podjęły walkę o swoje marzenia i… wygrały.

Jak wyglądało u pani leczenie i diagnozowanie niepłodności?

Pochodzę z małego miasteczka i tam też zaczęłam swoją walkę z niepłodnością. Wybór lekarzy nie był zbyt duży. Zaczęłam od lokalnych specjalistów, którzy – co było dla mnie bardzo bolesne – głównie bagatelizowali problem. Nie zlecono mi dodatkowych badań, nie podejmowano działań w celu leczenia niepłodności, przez co traciłam cenny czas. Mam 33 lata i zdaję sobie sprawę, jak odkładanie ciąży w czasie determinuje mój potencjał płodności. Wreszcie zdecydowałam się pójść do lekarza prywatnie. Zlecono mi badania hormonalne i skierowano na HSG. Niestety zabieg się nie udał, płyn nie przeszedł do jajowodów. Okazało się, że niestety mam niedoczynność tarczycy i niedobory witaminy D. Widziałam, że lekarka jest tym zaniepokojona, jednak powiedziała, że sprawa jeszcze nie jest przegrana. Wtedy dała mi numer do doktora Domitrza z kliniki Artemida. Uprzedziła też, że zapewne czeka mnie zabieg laparoskopii.

Jak wspomina pani pierwsze spotkanie z doktorem?

Doktor Domitrz spojrzał na moje wyniki i potwierdził wcześniejsze zalecenia. Czekał mnie zabieg laparoskopii. Zlecono też dodatkowe badania na obecność bakterii, a na sam zabieg pojechałam do Białegostoku. Musiałam podpisać zgodę na usunięcie wodniaków, jeżeli zostałyby wykryte w jajowodach. Gdy się przebudziłam, doktor Domitrz poinformował mnie o usunięciu zrostów i wodniaków. Popłakałam się.

Pomyślała pani, że nie ma już nadziei?

Przez chwilę tak. Zapytałam wtedy doktora, czy jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja. Zaproponował in vitro. Wtedy popłakałam się po raz drugi. Potrzebowałam chwili, żeby to w sobie przetrawić. Ochłonęłam i zadałam doktorowi pytanie: Kiedy możemy zacząć? Na szczęście nie musiałam czekać zbyt długo. Wystarczył miesiąc, żebym doszła do siebie po zabiegu, a całą procedurę mieliśmy zacząć z początkiem kolejnego cyklu.

Na czym polegała procedura?

Zaczęliśmy w grudniu. Zalecono mi przyjmowanie tabletek antykoncepcyjnych, aby unormować cykl. Potem zaczęły się zastrzyki. Byłam zdecydowana, mimo że miałam wątpliwości, czy zdołam udźwignąć to finansowo. Poprosiłam o pomoc rodzinę, powiedziałam, że potrzebuję pieniędzy, aby spełnić swoje marzenie. Zgodzili się od razu. Miałam ogromne wsparcie!

Jakie były rokowania na początku?

Udało się pobrać aż 14 jajeczek. Jeden z zapłodnionych zarodków to mój piękny syn, a następny jest zamrożony i czeka na drugie podejście. Od początku wierzyłam, że musi się udać!

A jak przebiegała sama ciąża?

To był wspaniały czas, pełen radosnego, ale i niepokojącego oczekiwania – na bicie serduszka, na pierwsze wyniki badań, na drobne ruchy. Jestem optymistką z natury, wierzę, że wszystko zaczyna się w głowie, a tam miałam poukładane. Walczyłam o spełnienie swojego największego marzenia i podzielenie się miłością z drugim człowiekiem. W 40. tygodniu ciąży byłam zdeterminowana i postanowiłam sama pójść do szpitala. Przyszłam i powiedziałam: Mam na dzisiaj termin. Położyli mnie na oddział i… czekałam. Nie miałam żadnych skurczy, więc założono mi balonik na wywołanie. Na drugi dzień podano mi oksytocynę, jednak nic się nie zadziało. Musiałam czekać kolejne dwa dni. Akurat wypadły święta, więc musiałam uzbroić się w cierpliwość. Po świętach postanowili kolejny raz wywołać ciążę. W 41. tygodniu znowu podano mi oksytocynę i balonik, a kiedy ponownie nic się nie zadziało, zapadła decyzja o wykonaniu cesarskiego cięcia. Okazało się, że była to bardzo dobra decyzja, bo dziecko było owinięte pępowiną.

Synek urodził się zdrowy, w skali 10 na 10. Ładny, do męża podobny (śmiech). Teraz oczywiście trochę się zmienia i ma oczy po mnie. Zobaczymy, jak będzie w przypadku drugiego dziecka. Mąż twierdzi, że musimy jeszcze trochę poczekać, bo mały dał nam nieco w kość. Ale już wczoraj mi się śniło, że po raz drugi zostanę mamą.

Piękny sen. Życzymy szybkiego spełnienia! Wspomniała pani o mężu – jak wyglądały Wasze początki?

Poznaliśmy się, gdy miałam 26 lat. Wspólnie założyliśmy firmę, później oczywiście przyszedł czas na zaręczyny i ślub. Wtedy też zaczęliśmy starać się o dziecko. No i pojawiły się pierwsze problemy. Od ginekolog w moim mieście przeniosłam leczenie do Artemidy i doznałam szoku. Spotkałam tam całą masę znajomych! Każdy z nich miał inny problem, ale starał się wygrać walkę z niepłodnością. Cieszę się, że mąż wspierał mnie na każdym kroku. Był ze mną na wszystkich wizytach u lekarza, czuwał nad wypełnianiem zaleceń, podtrzymywał na duchu i wierzył tak jak ja, że wszystko będzie dobrze. Dlatego nie musiałam korzystać ze wsparcia psychologa. Zresztą lekarze z kliniki Artemida mają wspaniałe, ciepłe i fachowe podejście do pacjenta. Odpowiadają na wszystkie pytania, rozwiewają obawy i uspokajają, wiedząc, że każda kobieta przechodzi przez ciążę w zupełnie inny sposób. Nie mogłam trafić w lepsze ręce!

Czy w tym trudnym czasie oczekiwania na pierwsze wyniki badań też mogła pani liczyć na wsparcie?

Na swoim przypadku dowiedziałam się, że niepłodność to bardzo złożone zjawisko, a przyczyn może być tak naprawdę bardzo wiele. Najgorsze jest to, że często nie mamy o nich w ogóle pojęcia! Czujemy się dobrze, nic nas nie boli. Zaczyna boleć dopiero wtedy, gdy następuje tragedia, czyli słyszymy diagnozę niepłodności. Gdybym nie usunęła wodniaków, o których nie miałam pojęcia, mogłyby przerodzić się w nowotwory. Gdybym nie zaczęła leczenia u profesjonalistów, mogłabym do dziś bezskutecznie starać się o dziecko. Tymczasem teraz jestem świadomą swojego ciała i niedoborów kobietą, mamą! Zmieniłam dietę, dbam o równowagę hormonalną oraz uzupełniam niedobory witamin. Na bieżąco czuwam nad swoim zdrowiem i zamierzam przekazać tę wiedzę mojemu synkowi.

Ile trwała niepewność, zanim otrzymała pani diagnozę?

Około 1,5 roku leczyłam się u lokalnych specjalistów. Jedni lekarze odsyłali mnie do drugich, bagatelizując problem i nie zlecając konkretnych badań. Po tym czasie całkowicie straciłam do nich zaufanie.

Co skłoniło panią w takim razie do zaufania lekarzom z kliniki Artemida?

Ogromne zaangażowanie i troska. Nawet na długo po porodzie. Gdy już synek miał kilka miesięcy, a ja zachorowałam, to napisałam do jednej z poznanych w Artemidzie lekarek na Facebooku. Nie było problemu z pomocą. Być może to mała rzecz, ale takie zachowania budują relację z pacjentem, który czuje, że jest ważny i ma wsparcie ze strony lekarzy. Bardzo miło wspominam cały proces leczenia.

Pomimo diagnozy?

In vitro w tamtym momencie było dla mnie czarną magią. Załamała mnie wiadomość, że nie mogę zajść w ciążę naturalnie. Nie wiedziałam nawet, od kiedy jestem bezpłodna. Przerażały mnie statystyki. Czytałam, że wielu osobom in vitro się nie udaje. Dawano mi 40 proc. szans na urodzenie dziecka. Tylko że ja… nie jestem statystyką. Jestem silna i potrafię poradzić sobie z emocjami. Podeszłam do sprawy merytorycznie i z ogromną determinacją, wiarą, że się uda. Zaryzykowałam i postawiłam wszystko na jedną kartę. Moje marzenie spełniło się za pierwszym razem!

Gdybym miała poradzić coś kobietom, które zmagają się z problemem niepłodności, powiedziałabym im, żeby się nie bały. Trzeba mocno wierzyć w dobre zakończenie i pamiętać o swoim celu. Zawsze jest nadzieja! Teraz wspieram moje koleżanki i wiele innych kobiet na forach internetowych. Czas wziąć sprawy w swoje ręce i wygrać tę walkę, zaczynając od zmiany kliniki i pozytywnego nastawienia.