Piękna, szczupła brunetka. Dietetyczka lubiąca aktywnie spędzać czas i żona sportowca. Trudno uwierzyć, że taka osoba mogłaby mieć jakiekolwiek problemy z zajściem w ciążę. Jest jednak zupełnie inaczej. Pani Kasia pokazuje, że niepłodność dotyka coraz większej liczby par, bez względu na stan ich zdrowia, kondycję czy wiek. Z drugiej jednak strony, ta rodzina jest również przykładem na to, że warto o siebie walczyć by móc doświadczać radości jaką do naszego życia wnosi dziecko. Zacznijmy jednak od początku.

Zaczęło się od diagnozy? Czy od razu trafiliście do kliniki Artemida?

Tak i nie. Do kliniki trafiliśmy z polecenia doktora Waśniewskiego, jednak nasze drogi skrzyżowały się o wiele wcześniej…

Chorowała Pani?

Moja mama miała zdiagnozowany stopień przedrakowy szyjki macicy. Dzięki jego pomocy udało jej się wyzdrowieć i w ten sposób awansował na naszego “rodzinnego” lekarza. Kiedy pojawiły się problemy z zajściem w ciążę swoje pierwsze kroki skierowałam właśnie do niego.

Jaka była diagnoza?

Przytłaczająca. Jestem osobą, która docenia to, co ma. Jednak w tym przypadku wizja tego, że nie będę mogła mieć tego, czego tak bardzo pragnę była dużym ciosem. Myśl o macierzyństwie była ze mna od zawsze. Oczywiście pojawiły się łzy, przygnębienie… Okazało się, że tak jak wiele kobiet mam problemy z drożnością jajowodów, jeden z nich jest całkowicie niedrożny. W grę wchodziło więc jedynie in vitro. Przyznam, że było to dla mnie zaskoczeniem. Jako nastolatka, ani już jako dorosła kobieta nie miałam nigdy problemów z miesiączką, nie chorowałam. Taka informacja ma dużą siłę rażenia. Czytałam kiedyś, że świadomość tego, że nie będzie się mieć dzieci jest porównywana emocjonalnie z dowiedzeniem się o nowotworze.

Nie było w Pani wewnętrznej zgody na diagnozę. A co z samym in vitro? Czy były jakieś obiekcje co do metody?

Czułam żal, chyba jak każda przyszła mama, że nie mogę zajść w ciąże samodzielnie. Jednak co do metody nie miałam żadnych obiekcji, ani pod względem natury etycznej, ani w kwestii samej skuteczności. Myślę, że wiele rzeczy jestem w stanie tak naprawdę znieść przez moje podejście. Wiele trudnych sytuacji w życiu staram się postrzegać jako wyzwanie, jako pewną trudność, której w danym momencie muszę sprostać, jednak która nie będzie trwała zawsze. Staram się podchodzić do spraw z optymizmem, mimo że z początku nie mam powodów do radości. Nigdy też nie zadałam sobie pytania: dlaczego ja? Przyjmuję to ,,na klatę''. To ja muszę podjąć pewne kroki by spełnić swoje marzenie, nikt za mnie tego nie zrobi. Mimo całego wewnętrznego bólu.

Nastawienie było czynnikiem kluczowym?

Zdecydowanie. Jeżeli wszystkie inne sfery w życiu mamy poukładane, czyli relacje z partnerem, życie zawodowe i relacje z rodziną, to jest dużo łatwiej. Ogromne wsparcie otrzymałam też od mojego męża - jest sportowcem, jeśli ma jakiś cel to zawsze o niego walczy. Mam w nim pozytywne wsparcie na każdym etapie.

Jest przy Pani w najcięższych momentach. 

Tak. Podczas pierwszego pobrania miałam już “ładne” komórki, zarodek osiągnął stadium blastocysty, jednak doszło do sytuacji, że wszystkie komórki obumarły. Musieliśmy podchodzić do in vitro jeszcze raz. To był najcięższy moment mojego leczenia. Okazało się też, że muszę przejść kolejną operację laparoskopową. Były momenty załamania, ale mąż zawsze był przy mnie.

Nie zawsze tak jest. Zdarza się, że mężczyźni w takich sytuacjach zamykają się w sobie, nie wiedzą jak zareagować i wspomóc partnerowi w trudnej dla obojga sytuacji. 

Jeżeli chodzi o mojego męża to ani przez sekundę nie czułam, że jestem sama. Kiedy ma się za sobą kogoś kto nas kocha i nie pozwala nam cierpieć to można znieść wszystko. Gdy po pierwszej nieudanej próbie zalałam się łzami mąż przytulił mnie i powiedział - próbujemy jeszcze raz. Nie ma innej opcji.

Kolejne wspólne doświadczenie za Wami. Jak wpłynęło ono na Wasze relacje? 

Na pewno czujemy się silniejsi. Takie doświadczenie niezwykle spaja związek. To wyzwanie, nie kłopot, tylko właśnie wyzwanie. 

Każda nieudana procedura nie jest tak naprawdę nieudana. To wbrew pozorom krok naprzód. Dzięki niej mamy bardzo wiele informacji na nasz temat, które są niezwykle istotne w planowaniu i doborze metod leczenia. Lekarze znają lepiej pacjentkę, wiedzą jak reaguje na leki jak podjąć kolejne kroki.

Cały czas idziemy do przodu z procesem. Bez stawania w miejscu.

Tak, nigdy nie stawaliśmy w miejscu, ale to całe doświadczenie to też ogromna lekcja cierpliwości. Czekanie na ciążę, zabiegi, pobrania - to wszystko trwa. Warto uzbroić się w cierpliwość i zaufać lekarzom. Organizm to nie maszyna i potrzebuje czasu.

Wspomina Pani o bardzo ważnej rzeczy - relacji lekarza z pacjentem. W Pani przypadku było to zdaje się nieco łatwiejsze do zbudowania, bo znała Pani jednego z lekarzy, doktora Waśniewskiego od wielu lat. Czy mimo to, nie kusiło Pani aby poszukać czegoś w internecie na własną rękę?

Oczywiście. Było siedzenie na forach. Zwłaszcza na początku, jednak potem już na nie nie wchodziłam. Doktor zawsze bardzo szczegółowo odpowiadał na moje pytania, a ja sama wiedziałam, że nie mogę się do nikogo porównywać. Historie w internecie są raczej dołujące, a ich czytanie do niczego tak naprawdę nie prowadzi. Lepiej się zrelaksować, lub szukać pozytywnych bodźców by zachować spokojną głowę. 

Nie było zmiany odżywiania, kosmetyków, stylu życia?

Z zawodu jestem dietetyczką, więc zdrowy tryb życia prowadziłam od zawsze. Suplementacja i profilaktyka to u mnie standard. Oczywiście dieta to jedynie element wspomagający całe leczenie. Po transferze również staram się być aktywna (oczywiście umiarkowanie) i zrelaksowana, staram się unikać stresowych sytuacji. Zadbać o siebie. Na pewno nie warto się izolować - to dodatkowo pogłębia przygnębienie. No i mowić bliskim jak się czujemy, żeby byli w stanie zrozumieć nasze zachowanie. Dbanie o swoje ciało i psychikę to krok do świadomego rodzicielstwa, jeżeli będę lepsza dla siebie, to będę też lepszą mamą.

A co z korzystaniem z doświadczeń bliskich i znajomych. Czy w Pani środowisku mówi się o in vitro otwarcie, czy raczej jest to temat tabu?

Nie chwaliłam się wszystkim znajomym. Głównie ze względu na to, że dosyć szybko przeszłam przez procedurę, ale też dlatego, że nie chciałam poklepywania po plecach. O samym zabiegu rozmawiałam z dwiema koleżankami, które również uświadomiły mi skalę problemu - jak wielu ludzi on obecnie dotyka. Teraz dużo bardziej otwarcie wypowiadam się na temat in vitro, po ciąży czuje się bardziej pewnie ale też chciałabym dać innym wsparcie, powiedzieć, że jest teraz tyle metod i niepłodność można wyleczyć. Podczas ciąży dziewczyny często mówiły o swoich staraniach i właśnie wtedy otwierałam się i mówiłam, że u nas też wcale nie było to takie proste.

W którym momencie Pani życia zaszła Pani w ciążę?

Diagnozę otrzymałam w wieku 23 lat, jednak czekałam trzy kolejne lata zanim zdecydowałam się rozpocząć procedurę. W wieku 28 lat urodziłam synka. 

Były pytania o dziecko? Rodzice nie ponaglali?

Nie zdążyli! Wszystko tak naprawdę poszło zgodnie z planem. Obroniłam magisterkę, wzięłam ślub i zaszłam w ciążę. Jeżeli chodzi o mamę i siostrę z którymi jestem bardzo blisko to one oczywiście cały czas były na bieżąco, z dalsza rodziną raczej nie podejmowałam tematu. Nie czułam po prostu potrzeby rozmowy z każdym. Nie czułam skrępowania, wiedziałam, że rodzina nie jest przeciwna in vitro, jednak ta kwestia jest bądź co bądź intymna.

Jak to przebiegła cała procedura?

Do kliniki trafiłam tak naprawdę od razu na doktora Waśniewskiego. Punkcję i transfer miałam jednak w Białymstoku. Dowiedziałam się o tym  w ostatnim momencie. Ciążę przechodziłam bardzo dobrze. Synek dużo ważył, a ja bardzo chciałam urodzić naturalnie, jednak po 7 godzinach skończyło się cesarskim cięciem, bo synek miał ułożenie główki pionowe proste. Gdy się udało byłam w euforii, często płakałam ze szczęścia. Miałam energię na wszystko i czułam się spełnioną kobietą. 

Przed in vitro staje teraz bardzo wiele par. Co by Pani im powiedziała?

Przede wszystkim, żeby nie czekali. żeby jak najszybciej podjęli leczenie i nie poddawali się. Żeby mieli przede wszystkim dobre nastawienie i nie przekładali swoich problemów na partnera. Podjąć życiowe wyzwanie, które się uda, ale jednocześnie wymaga czasu i cierpliwości. Plus oczywiście zaufanie do lekarzy, słuchajmy ich zamiast koleżanek z internetu. Dla mnie również ważny był wybór odpowiedniej kliniki, takiej w której czułam się komfortowo. W życiu do wszystkiego trzeba mieć nastawienie. Do pracy, do związku, do rodzicielstwa. Jeżeli jest ono pozytywne, to już jest jakaś część sukcesu. Niektórym może się wydawać, że może byłam w lepszej sytuacji, byłam młodsza miałam dobre rokowania. Ale mi też na początku się nie udało, miałam masę lęków. Na ten moment wiem, że nasze narzekanie i dołowanie się nic nie pomaga - nasza głowa zaczyna chorować. Nasz partner też potrzebuje dużo wsparcia w takich momentach, tak jak i my. Ważne żeby było tu partnerstwo, a nie przewaga jednej osoby. Oraz to, żeby nie mieć do siebie nawzajem pretensji.

Trzeba walczyć do końca, ja bym się nigdy nie poddała.

Nigdy?

Najgorsze w tym wszystkim jest chyba samo oczekiwanie i myślenie o tym, że się uda albo nie uda. Jednak kiedy jestem już w procesie i działam to czuję się pozytywnie nakręcona, zmotywowana. Tak jak teraz. 

?

Obecnie jestem już po trzeciej nieudanej próbie, czekamy na czwarte podejście. Jesteśmy dobrej myśli!

Gratulujemy!