Zadając pytanie Pani Agnieszce odpowiedzi udziela mi jej mąż Paweł! Radość tej pary czuć już na samym początku, widać, że są w tym wszystkim naprawdę razem. Czy to właśnie to pomogło im przejść cały ten proces i jak wyglądała ich droga do szczęśliwego rodzicielstwa?

Jak się wszystko zaczęło?

Z kliniką Artemida, którą poleciła nam znajoma wszystko zaczęło się trzy lata temu i trwało około dwóch lat. A między nami trochę wcześniej, bo pięć lat temu. 

Każdy związek jest na swój sposób wyjątkowy, co Was wyróżnia?

Między mną a mężem jest 13 lat różnicy, on ma 28 lat, ja prawie 41. Mam już dorosłą córkę z pierwszego związku. Między nią a Pawłem jest jedynie 8 lat różnicy. Jednak w tym wypadku bardziej zaskakujące było to, że niepłodność nie leżała po mojej stronie. Wbrew pozorom, problemem niepłodności dotknięty był mąż.

Jednak podjęliście starania by razem pokonać chorobę. Co jeszcze było dla Państwa zaskoczeniem?

A: Przede wszystkim możliwości mojego ciała. Po zabiegu lekarzom udało się pobrać ponad 20-cia komórek. Stwierdzili, że zareagowałam jak nastolatka. 

P: U mnie z kolei zaskoczeniem była sama diagnoza. Mam 28 lat i w moim życiu nie wydarzyło się nic, co mogłoby doprowadzić do niepłodności. Byłem młodym, zdrowym mężczyzną. Muszę przyznać, że był to dla mnie spory cios, obwiniałem się za całą tę sytuację.

Mieszanka dobrych i złych wiadomości. Jednak choroba dotyka zawsze parę. Zdecydowaliście się na leczenie. Początki były trudne?

Myślę, że dla wszystkich jest to trudne. Dla nas było, zwłaszcza, że pierwsze dwie próby skończyły się niepowodzeniem. Niepłodność to problem pary, jednak fizycznie wszystko to spada na kobietę. Zastrzyki, zabiegi, przyjmowanie hormonów.. Zdawałem sobie sprawę jakie to bolesne. Miałem wyrzuty sumienia. Starałem się wspierać żonę na każdym kroku i nie opuścić żadnego spotkania, żadnej wizyty w klinice.

Mogliście liczyć również na wsparcie rodziny? Czy bliscy raczej wywierali na Was presję dopytując o to kiedy wreszcie doczekają się nowego członka rodziny?

Rodzina w pełni popiera nasze decyzje. Rodzice oferowali wsparcie, również finansowe gdy dowiedzieli się o naszych problemach. My jednak woleliśmy utrzymać wszystko w tajemnicy. Bardziej dlatego, żeby nie zapeszać i nie wzbudzać niepotrzebnych nadziei. Nie chcieliśmy też na bieżąco informować o postępach żeby sami się nie stresować i niepotrzebnie nie nakręcać. Dowiedzieli się od nas wszystkiego, kiedy byliśmy już pewni ciąży.

Udało się po trzeciej próbie?

Tak. Zaczęliśmy od inseminacji, potem były dwie procedury in vitro. W przypadku drugiej skorzystaliśmy dodatkowo z metody wspomagającej tzw. Asissted Hatching. Nie wiemy czy to pomogło, ale teraz już się nad tym nie zastanawiamy. Efekt wynagradza wszystko i potem człowiek już nie myśli o ilości zabiegów i kosztach.

A wtedy? Jak to znosiliście?

Bywało ciężko, zwłaszcza gdy nie wszystko szło po naszej myśli. Pocieszenie mieliśmy w sobie nawzajem. Dodatkowo nie wiedzieliśmy dokładnie czego możemy się spodziewać. Z in vitro jest trochę tak jak z graniem w totolotka - wiadomo, że można wygrać, ale nikt nie wie, komu i kiedy się uda.

Braliście pod uwagę taki scenariusz? Co by było gdyby np. się nie udało?

A: Oczywiście, takie myśli pojawiają się samoistnie. Że może się nie udać. Braliśmy pod uwagę skorzystanie z komórek bądź nasienia, chociaż ten pomysł nie do końca odpowiadał Pawłowi.

P: Rozważaliśmy taką możliwość, jednak czułem wewnętrzny opór przed skorzystaniem z nasienia dawcy. Oczywiście takie dziecko wychował bym i kochał, jednak miałbym przeczucie że jest to nie do końca moje dziecko. W sensie fizycznym. Jednak nie byliśmy zmuszeni do takich wyborów. W dzisiejszych czasach jest bardzo wiele możliwości.

Nie było rozmów ze znajomymi, czytania forów?

Wśród znajomych nie było takich tematów, przynajmniej my nie słyszeliśmy, że ktoś korzystał z takiej formy leczenia. Dopiero potem dowiedziałem się, że jeden mój kolega też korzystał z in vitro. Zaczęły się rozmowy, pytania o doświadczenia. 

A fora oczywiście były, od tego właściwie zaczęliśmy. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że praktycznie po każdej wizycie u lekarza szukaliśmy w internecie podpowiedzi, co możemy zrobić “na własną rękę” by naturalnymi sposobami wzmocnić leczenie.

Pomogło?

Raczej zdołowało. W nadmiarze porad, informacji i doświadczeń innych par łatwo się pogubić i stracić perspektywę. Niestety, pośród historii na forach przeważają raczej te smutne - par, którym się nie udało. Pełno w nich żalu, a nawet oskarżeń o oszustwo, podważania skuteczności metod in vitro. Pary, którym się udało i są szczęśliwymi rodzicami raczej już na takie fora nie wchodzą. Nie mają po co. Łatwo poddać się tym nastrojom i samemu zacząć się nakręcać. Po jakimś czasie przestaliśmy już tam wchodzić, skupiliśmy się na tym, co mówią nam lekarze. Złapaliśmy dystans.

Jak wyglądały Wasze relacje z nimi? Wspierali Was czy raczej stopowali Wasze zapały?

Dawali nadzieję. Podchodzili do sprawy naprawdę rzetelnie, po każdym zabiegu omawiali, podpowiadali co jeszcze można zrobić, podtrzymywali na duchu. Jesteśmy im oczywiście bardzo wdzięczni za wszystko co zrobili i przy okazji chcielibyśmy podziękować im oraz całemu personelowi medycznemu za pomoc i fantastyczną opiekę.

Oczywiście, musieli mieć od nas najpierw sygnał, że działamy dalej.

Ten sygnał zawsze był?

Tak. Mimo, że zdarzały się też momenty zwątpienia. Zazwyczaj po nieudanych zabiegach, gdy po kilku próbach okazywało się, że jednak nie jesteśmy w ciąży. Był płacz i rozczarowanie, ale też wiele rozmów. Pocieszałem żonę, kiedy potrzebowała wsparcia, a ona mnie, kiedy miałem ciężki czas. Nauczyliśmy się rozmawiać o wszystkim. To było ciągłe wzajemne podbudowywanie.

Które trwa do teraz?

Trwało tak naprawde od zawsze. Wspólne przeżycia oczywiście wzmocniły nasz związek, ale relacja oparta na wzajemnym wsparciu i bliskości była od początku. W tej kwestii po in vitro niewiele się zmieniło. 

Ale to, że mogliśmy na siebie wzajemnie liczyć było kluczowe. Gdyby jedno z nas się poddało i nie byłoby odezwu z drugiej strony, to nie dotrwalibyśmy do końca tej drogi.

A jednak udało się Wam dotrwać. Czy przed ostatnia prostą, czyli porodem wszystko szło już gładko?

A: Oj nie. Najpierw dopadły mnie wszystkie klasyczne dolegliwości, a potem okazało się, że mam cukrzycę ciążową. Jednak dzięki temu udało mi się nie przytyć (śmiech). Sam poród odbył się poprzez cesarskie cięcie, ale niestety z powodu wirusa mąż nie mógł mi towarzyszyć. Zobaczyłam go dopiero trzy dni po porodzie, kiedy wyszłam ze szpitala. To było najgorsze, że do końca nie mogliśmy być ze sobą razem, tak jak przez cały ten okres.

Dodatkowo doszedł sam strach przed coronavirusem. Tyle starań, zabiegów, procedur… Bałam się, że to wszystko może pójść na marne.

Ale udało się.

P: Na 12 punktów.

Jak to?

Tuż po porodzie żona zadzwoniła do mnie i powiedziała, że dziecko jest zdrowe i dostało 12 punktów w skali Apgara, a ja obdzwoniłem rodzinę i przekazałem dokładnie to, co usłyszałem. Dopiero siostrzenica uświadomiła mi, że to 10-cio stopniowa skala. Śmiejemy się, że wymyśliliśmy nasza własną skalę szczęścia.

Ta historia funkcjonuje jako rodzinna anegdota, jednak naszej radości nie da się ubrać w żadne ramy. To wie każdy rodzic. Mimo, że w naszym życiu niewiele się zmieniło, to każdy uśmiech naszego syna jest czymś nie do opisania. Nie da się tego wyrazić żadną skalą.

Szczęście warto pomnażać. Czy macie takie plany na przyszłość?

Kilka komórek nadal mamy zamrożonych, więc zdecydowanie nie jest to nasze ostatnie słowo.

Paweł i Agnieszka z córką Mileną i synem Kajtkiem