Na spotkanie przychodzi roześmiana, jednak jej historia wcale nie zaczyna się optymistycznie. Pani Agnieszka, mama Tosi, opowiada o swojej walce z przeciwnościami losu, odzyskanej kobiecości i pozytywnym nastawieniu, które pomaga iść do przodu.

Pani Agnieszko, zacznę może nieco sztampowo. Jak w ogóle zaczęła się Pani historia z leczeniem niepłodności? Jak trafiła Pani do naszej kliniki?

Zupełnie przypadkowo. Wszystko zaczęło się około 10 lat temu. Już wtedy z mężem staraliśmy się o dziecko, jednak sprowadzało się to do rutynowych wizyt u ginekologa. Podczas jednej z takich wizyt okazało się, że w mojej macicy powstał polip, więc czeka mnie zabieg jego usunięcia. Zabieg odbył się zgodnie z planem, jednak po 3 tygodniach otrzymałam diagnozę: nowotwór - konieczne jest usunięcie macicy. Zmroziło mnie.

Jak Pani zareagowała?

Nie mogłam w to uwierzyć, byłam wtedy młodą dziewczyna przed 30-stką. Oczywiście pierwsza moja reakcja to płacz i totalna rozpacz. Usunięcie macicy oznaczałoby bezpłodność. Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że nigdy nie będziemy mieć dzieci.  

Nie zgodziłam się na operację.

Co  było potem?

Po tym jak na własne żądanie wypisałam się ze szpitala, zaczęłam szukać specjalistów - wierzyłam, że może jest jakieś inne wyjście, jakiś sposób bym mogła zajść w ciążę. Trafiłam do docenta Panka w Warszawie. Kompletnie nie zgodził się z postawioną mi błędną diagnozą i nie mógł zrozumieć, jak ktoś mógł skrzywdzić mnie w taki sposób. Pod jego nadzorem zaczęłam trzymiesięczną terapię hormonalną.

Nadzieje na dziecko wróciły?

Niestety uraz pozostał. Skutecznie przeszła nam ochota na staranie się o dziecko. Odpuściliśmy sobie. Po takiej diagnozie i związanym z tym ogromnym obciążeniem psychicznym nie czuliśmy się na siłach aby znowu myśleć o dziecku. I tak przez kolejne 10 lat.

...po których w końcu coś się ruszyło?

Był 2016. Wakacje. Wokół nas pełno biegających i bawiących się dzieci, dodatkowo w najbliższej rodzinie trzy osoby spodziewały się dziecka. Pojawiły się myśli: dlaczego nie ja? Nasze pragnienia samoistnie wróciły. Podjęliśmy decyzję - staramy się o dziecko! 

Niestety, byliśmy już oboje w okolicach 40-stki, pojawiły się problemy z zajściem w ciążę w sposób naturalny. Zaczęliśmy od wizyt u mojej ginekolog. Podczas jednej z nich  powiedziałam jej o naszych planach, dodając że już w styczniu wybieramy się do kliniki w... Gdańsku. Wtedy właśnie, dowiedziałam się o istnieniu kliniki Artemida w Olsztynie. Błyskawicznie umówiłam się na wizytę. I tak się zaczęło.

Jak wyglądały początki?

Początki były bardzo ostrożne. Byłam już przed 40-stką, więc dr Domitrz starał się hamować mój zapał, starając się zbytnio nie rozbudzać naszych nadziei. 

Udało mu się?

Chyba nie (śmiech). Cała procedura przebiegła bardzo sprawnie. 31 lipca miałam pobranie komórki, 5-go transfer, a 12-go sierpnia.. byłam już w ciąży! Poszło błyskawicznie. Oczywiście, ze względu na nasz wiek nie było podejść do inseminacji - od razu zaproponowano nam in vitro.

Idealnie. Jak się Pani wydaje, co mogło wpłynąć na tak pomyślny obrót spraw?

Wierzę, że bardzo wiele zależy tak naprawdę od naszego nastawienia. Przyszłam do kliniki mając jasno postawiony cel: jestem tu po to, żeby zajść w ciążę. Nie brałam pod uwagę  żadnego innego scenariusza. Cały czas byłam skupiona na celu i starałam się myśleć pozytywnie. Podziałało.

Podeszłam do tego jak do zwykłej wizyty u lekarza, nie traktowałam tego jako procedury i starałam się nie myśleć o tym, jako o jakiejś sztucznej ingerencji w moje ciało. In vitro było dla mnie czymś całkowicie normalnym. Pomagało mi też to, że przez cały czas czułam się zaopiekowana.

Co Pani przez to rozumie?

Czułam duży komfort psychiczny wiedząc, że mam stały kontakt z lekarzem. Może się wydawać, że to niewielka rzecz, ale dla mnie było to bardzo ważne, że niemal o każdej porze mogłam zadzwonić do doktora. Zawsze oddzwaniał, powoli i rzeczowo odpowiadał na moje pytania, do samego końca odpisywał na wszystkie moje SMS-y. W każdym momencie wiedziałam, że mogę na niego liczyć. Bardzo mnie to uspokajało. 

Czy mąż podzielał Pani nastawienie?

Jako mężczyzna reagował inaczej. Wydaje mi się, że w pewnym stopniu odbierał problem niepłodności ambicjonalnie. Taka diagnoza potrafi bardzo mocno uderzyć w poczucie męskości i w ten sposób zachwiać całym poczuciem pewności siebie. Mąż był przy mnie na każdym spotkaniu i wspierał mnie, jednak podczas wizyt zazwyczaj milczał. Widać było po nim bardzo silny stres. Wydaje mi się, że właśnie w taki sposób sobie z nim radził. 

Aczkolwiek po tym, jak dowiedzieliśmy się, że jestem w ciąży jego postawa zmieniła się o 180 stopni. Zadawał pytania lekarzom, był aktywny i bardzo zaangażowany. Wszystko puściło.

Przeszliście długą i trudną dla obojga drogę. Jak taka emocjonalna huśtawka wpłynęła na Wasz związek? Czy to doświadczenie go umocniło, czy wręcz przeciwnie?

To wszystko bardzo nas do siebie zbliżyło. Wspólne przeżywanie, wspieranie się nawzajem, ale też fakt posiadania dziecka. Do momentu narodzin Tosi żyliśmy ze sobą, jednak jako dwie oddzielne osoby. Teraz jesteśmy rodziną. Robimy większość rzeczy razem, co dodatkowo nas zbliża. Gdy po 20 latach bycia razem udało nam się spełnić marzenia o dziecku postanowiliśmy wziąć ślub. Właśnie wtedy czuliśmy, że to odpowiedni moment na zwieńczenie naszego związku. Obydwoje poczuliśmy, że jesteśmy bliżej siebie. Jestem tego pewna.

Symboliczny początek nowego etapu w życiu. Czy w tym momencie raz na zawsze oddzieliła Pani grubą kreską okres choroby i oczekiwania i zaczęła następny rozdział?

Dokładnie. Czułam się szczęśliwa. Przestałam myśleć o tym, co było. Byłam w ciąży, która przebiegała wręcz idealnie. Czułam się świetnie i rozpierała mnie energia. Nie miałam typowych objawów, takich jak mdłości czy senność. Byłam aktywna i nie mogłam doczekać się porodu. Szok?

Przyznam, że tak. Zazwyczaj słyszy się o nieco mniej przyjemnych “dolegliwościach”.

Myślę, że duży wpływ na to miało moje podejście. Czułam że spełniam moje marzenia, coś czego tak bardzo chciałam od zawsze. Czułam, że mam w sobie sprawczość. Że już za chwilę będę szczęśliwą mamą. Już parę godzin po porodzie (red. cesarskie cięcie) samodzielnie przewijałam córkę. Położna powiedziała, że zwariowałam (śmiech). Ta energia pozostała mi do dzisiaj. A z córką jesteśmy nierozłączne.

W całym tym procesie nie da się przecenić Pani nastawienia psychicznego. To rzadkość. Często obserwuje się, że diagnoza niepłodności jest dla pacjentek wyrokiem, a cała procedura staje się dla nich bardzo dużym obciążeniem psychicznym. 

Przyznam, że czasami trudno mi to zrozumieć. Idąc do kliniki szłam po to, żeby mieć dziecko. Na żadnym etapie nie zakładałam innej opcji. Tak jak w przypadku każdego innego lekarza - idę po to, żeby się wyleczyć i nie rozmyślam o tym, co teoretycznie może pójść nie tak. Rozumiem, że ludzie po kilku nieudanych procedurach mogą czuć się przygnębieni, jednak nie potrafię pojąć takiego nastawienia na samym początku procesu. 

A co by Pani poradziła innym kobietom? Czy poddałaby się Pani drugi raz procedurze?

Bez zastanowienia. Zresztą zarodki mam zamrożone, więc nigdy nic nie wiadomo (śmiech).  Na pewno poradziłabym innym kobietom, żeby się nie bały. Życie naprawdę zmienia się o 180 stopni i przede wszystkim fajnie jest być mamą. Ja po pierwszej wizycie, poczułam się pewnie i czułam się dumna, że odważyłam się, żeby być mamą i zawalczyć o swoją kobiecość. Nigdy też nie czułam, że moja niepłodność cokolwiek mi umniejsza. Nie widziałam zupełnie różnicy w tym, czy zajdę w ciążę naturalnie, czy przy pomocy in vitro. Ważne jest, żeby to się zadziało.

Co takiego wyjątkowego zdarzyło się podczas tej wizyty? 

Zrobiłam pierwszy krok do bycia mamą. Zobaczyłam, że nic mnie nie przekreśla.

Więc cofnijmy się teraz ponownie o kilka kroków wstecz. Wydaje mi się, że walkę podjęła Pani tak naprawdę dużo wcześniej. Diagnoza nowotworu, ogromna siła i determinacja by zawalczyć o swoje zdrowie i kobiecość. 

To prawda. To właśnie ta wcześniejsza diagnoza, którą był nowotwór była dla mnie przekreśleniem mojej kobiecości i przyszłości. W tamtym momencie życie dla mnie praktycznie się skończyło. Najgorsza w tym wszystkim nie była sama diagnoza, ale groźba bezpłodności. W porównaniu z tym doświadczeniem późniejsze leczenie nie było dla mnie niczym strasznym. Byłam już zaprawiona w walce no i swoje już wypłakałam. Musiałam też podjąć decyzję, która miała wpływ na całe moje przyszłe życie.

Co to była za decyzja?

Tuż po wyjściu ze szpitala szukałam specjalistów, którzy mogliby zweryfikować dotychczasową diagnozę. Pamiętam jak dzisiaj, że jednego dnia otrzymałam informacje, że tego samego dnia o 15 i 16 mam umówione wizyty w Warszawie i Łodzi. W stolicy czekał na mnie docent Panek, specjalista od nowotworów- uprzedzono mnie, że jego decyzja będzie ostateczna i jeżeli on zdecyduje o usunięciu macicy, to nie ma już od tego odwrotu. W Łodzi natomiast czekałam na konsultację in vitro - szybki zabieg, a po ciąży ewentualne usunięcie macicy. Stanęłam przed bardzo trudnym wyborem. 

Co zwyciężyło?

Zdrowy rozsądek. Zadałam sobie pytanie: co będzie jeśli nawet zajdę w ciążę, a potem umrę z powodu raka? Wybrałam zdrowie. A myślenie o ciąży odpuściłam sobie na długie 10 lat. Gdybym wtedy się zdecydowała, Tośka miałaby dzisiaj 12 lat.

Ale ma teraz równo 2 latka i świętuje, a my razem z nią. To przecież pierwsze dziecko urodzone przy pomocy olsztyńskiej Artemidy. Czas więc na najważniejsze pytanie: jak się ma Tosia?

Dobrze! Tosia jest żywym dzieckiem, energię odziedziczyła po mnie. Od początku rozwijała się prawidłowo, nie sprawiała problemów. Nawet przy porodzie nie płakała (red. tylko na początku) No, ale co się dziwić, w końcu jak to mówimy z mężem, Tosia to “dziecko robione na zamówienie” (śmiech).